O autorze
Lekcja francuskiego - o sztuce i podróżach podczas jedzenia.
Swoje dorosłe życie spędziłem pomiędzy kuchnią a obrazami wielkich artystów, a także różnymi redakcjami, studiowałem historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i turystykę na Sorbonie, przebywałem w ponad stu krajach, nieco dłużej w Paryżu, a teraz uczę się języka japońskiego z książek kucharskich.

Zrealizowałem wiele filmów dokumentalnych, między innymi ten o Polakach nigdy nie emigrujących na Madagaskar, albo o tym jak książę Eustachy Sapieha polował w Kenii na lwy.

Pisywałem artykuły i książki o podróżach, wystawach malarstwa, o meczach piłkarskich, o bohaterach świata, o gastronomii, o artystach wielkich i małych, a nawet o lekkoatletach. Pisuję tak od wielu lat.

To Francuzi wynaleźli kuchnię i najlepsze jedzenie. Odziedziczyli po swoich przodkach fantastyczny zwyczaj rozmawiania o sztuce przy stole. Jest im łatwiej od innych to robić, bo mają najlepsze wina i szampana. No i wspaniałą sztukę wokół siebie. Niezwykłą i fascynującą. Starą i nową. Od gotyckich katedr po Paula Gauguina. I dlatego tego wszystkiego im zazdroszczę.

Kiedyś na Polinezji spotkałem prawdziwego kanibala. Rozmawialiśmy trochę. Opowiadał mi o swoich przodkach i dlaczego zjadali ludzi. Powiedział mi też, że bardzo lubi frytki. Pomyślałem wtedy sobie, że chyba bardzo mało wiemy o kuchni i jedzeniu…

ulica Delambre

Tsuguharu Fujita, Jean Agelou
Ulica Delambre w Paryżu jest krótka, ale spacer po niej to podróż przez stulecie. Nie wiadomo od której strony zacząć zwiedzanie, czy od metra Edgar Quinet, skąd dziarsko maszerowała Simone de Beauvoir, czy z drugiej, gdzie króluje „Le Dôme”, jedna z najbardziej popularnych restauracji w Paryżu, niegdyś kultowa kawiarnia i tak jak „La Rotonde” o trzy kroki dalej, opowiada o tym mieście i jego historii więcej niż niejedno miejsce w Europie.


Z Edgar Quinet można dostać się w jedną sekundę na ulicę Odessy, gdzie mieszkał Lew Trocki i często pijał wino w „La Rotonde”. Bywali tam inni Rosjanie czasu sprzed rewolucji, a także Max Jacob, Pablo Picasso czy Juan Gris, choć ten ostatni mieszkał na stałe w Boulogne Billancourt. A w prawo od metra Quinet biegnie ulica Delambre, która ma inną historię, równie fascynującą, także ze świata zbuntowanych artystów, poetów i pisarzy. Tych znanych i tych zapomnianych.


Zacznę od Foujity. Japończyka, który przybył do Francji lądując w Marsylii. Mieszkał przy Delambre pod numerem 5, w latach 1917-1924.
Port w Marsylii był wtedy francuskim oknem na świat. Foujita, kiedy przybył z Nagasaki wsiadł potem do pociągu, który przywiózł go na Gare de Lyon. Z tego samego dworca w Paryżu, odjechał w odwrotną stronę, do Marsylii, tylko kilkanaście lat wcześniej Paul Gauguin, aby dopłynąć na Tahiti. Z Marsylii do Nagasaki odpłynął również Maksymilian Kolbe, aby stworzyć polską misję katolicką na Kyushu.
Foujita to najbardziej znany malarz z Montparnasse. Nazywał się Tsugouharu Foujita, a po wojnie, kiedy przyjął chrzest Léonard Foujita. Malarstwa uczył się w Tokyo. Do Francji dotarł w 1913 roku i zamieszkał w hotelu Odessa razem z innym japońskim malarzem, który nazywał się Kawashima Rüchiro. Malował on tak jak Cézanne, ale trudno się dziwić, bo działo się to jeszcze w epoce, kiedy Japończyków fascynował mistrz z Aix, a Francuzów Hiroshige. Magia Edo działała w obie strony.
Chrzest Foujity odbył się w katedrze w Reims w 1955 roku. Imię, które przyjął było hołdem dla Leonardo da Vinci.
Życie Foujity było bardzo burzliwe. Ożenił się z Fernande Barrey, którą poznał w “La Rotonde”, a na ślub z którą, pożyczył kilka franków od kelnera z tej kawiarni. Szybko zaprzyjaźnił się z malarzami od Leopolda Zborowskiego, polskiego przystojniaka z kozią bródką, który płacił grosze Modiglianiemu. Któregoś dnia zabrał Fouitę na Côte d’Azur i tak zaczęła się wielka kariera tego malarza.
Jego życie odkąd wyprowadził się z Delambre było usłane zarówno sukcesami jak i zakrętami. Wrócił do cesarskiej Japonii czasów wojennych, potem przebywał w Ameryce, wreszcie znowu we Francji. To już inna historia zwieńczona piękną polichromią w kaplicy Notre Dame de la Paix w Reims.


Naprzeciwko pracowni Foujity przy Delambre znajdował się w tamtych czasach bar Dingo. Była to wtedy kwatera główna dla Amerykanów I Brytyjczyków przebywających naonczas w Paryżu. Bywali tam John Dos Passos, Henry Miller czy Ernest Hemingway. Ten ostatni spotkał się w tym barze ze Scottem Fitzeraldem, chwilę po wydaniu “Wielkiego Gatsby’ego”.
Baru już nie ma. W tym miejscu można dziś zjeść spaghetti lub pizzę calzone.


I jeszcze jeden adres przy Delambre. Pod numerem 35 mieści się Hôtel Delambre. Dawniej “Des écoles”. Przez krótki czas wynajmował tam pokój Paul Gauguin przed odpłynięciem na Tahiti. Był chwilę po wielkim sukcesie w Hôtel Drouot, gdzie sprzedał kilka swoich obrazów. Pozwoliło mu to spotkać się w Kopenhadze ze swoją żoną Mette i dziećmi. Delambre to był ostatni przystanek tego artysty przed przygodą na Polinezji…
Trwa ładowanie komentarzy...