O autorze
Lekcja francuskiego - o sztuce i podróżach podczas jedzenia.
Swoje dorosłe życie spędziłem pomiędzy kuchnią a obrazami wielkich artystów, a także różnymi redakcjami, studiowałem historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i turystykę na Sorbonie, przebywałem w ponad stu krajach, nieco dłużej w Paryżu, a teraz uczę się języka japońskiego z książek kucharskich.

Zrealizowałem wiele filmów dokumentalnych, między innymi ten o Polakach nigdy nie emigrujących na Madagaskar, albo o tym jak książę Eustachy Sapieha polował w Kenii na lwy.

Pisywałem artykuły i książki o podróżach, wystawach malarstwa, o meczach piłkarskich, o bohaterach świata, o gastronomii, o artystach wielkich i małych, a nawet o lekkoatletach. Pisuję tak od wielu lat.

To Francuzi wynaleźli kuchnię i najlepsze jedzenie. Odziedziczyli po swoich przodkach fantastyczny zwyczaj rozmawiania o sztuce przy stole. Jest im łatwiej od innych to robić, bo mają najlepsze wina i szampana. No i wspaniałą sztukę wokół siebie. Niezwykłą i fascynującą. Starą i nową. Od gotyckich katedr po Paula Gauguina. I dlatego tego wszystkiego im zazdroszczę.

Kiedyś na Polinezji spotkałem prawdziwego kanibala. Rozmawialiśmy trochę. Opowiadał mi o swoich przodkach i dlaczego zjadali ludzi. Powiedział mi też, że bardzo lubi frytki. Pomyślałem wtedy sobie, że chyba bardzo mało wiemy o kuchni i jedzeniu…

Ikony Modernizmu w Fundacji Louis Vuitton

icônes de l'art moderne
A teraz ikony moderny na wystawie w Fundacji Louis Vuitton w Paryżu. Ikony, dodajmy z kolekcji rosyjskiego magnata Siergieja Szczukina. Bohaterami ekspozycji są zatem ci, którzy zdominowali nasze myślenie o sztuce współczesnej. Malarze, którym nie zawsze w życiu się wtedy układało, ale dziś należą do najbardziej rozpoznawalnych w całym Panteonie Sztuki. W tej wystawie chodzi też i o to, że jest fragmentem ważnej inicjatywy francusko-rosyjskiego roku turystyki kulturalnej („l‘année Franco-Russe 2016/2017 du tourisme culturel”). Co też stanowczo potwierdził w opasłym katalogu wystawy prezydent Władimir Putin.

Szczukin to jeden z ważniejszych aktorów w artystycznych dziejach świata. Kolekcjoner to zbyt mało aby określić jego pasję i rozmiłowanie w malarstwie. Należał do tych ludzi, o których mówi się „wizjoner“. Posiadał też pieniądze i to znaczne, dzięki którym nabył ponad 250 płócien francuskich impresjonistów, postimpresjonistów, malarzy ze szkoły barbizońskiej, szkoły Pont-Aven, także van Gogha, Picassa i wielu innych, w tym ojca ich wszystkich, czyli Paula Cézanne’a.

Miał oczywiście wielkie wyczucie i swoistą przewidywalność. Wielu z tych malarzy w owym czasie klepało biedę. Gauguin był wyśmiewany za życia, a jego polinezyjskie obrazy Szczukin kupił po śmierci artysty (wszystkie od Vollarda, pierwszy w 1904 zaledwie w rok po śmierci artysty). Kiedy marszand przybył do Paryża po raz pierwszy i poznał tam Moneta, to o Paulu Gauguinie wciąż było cicho, pomimo iż malarz od wielu lat usiłował istnieć na tamtej scenie. Brał udział w wystawach, a nawet polemizował z ówczesnym guru młodych malarzy Camille Pissarro. Ale kto dziś pamięta o Camille Pissarro? Jego listy pisane do syna są za to prawdziwą kopalnią wiedzy o życiu artystycznym francuskiej moderny.
A teraz obraz Paula Gauguina otwiera wystawę, staje się symbolem tej drogi, która wytyczyła nowe horyzonty w sztuce.
Zagadkowe są te losy upadłych artystów jeszcze za ich życia i niezwykłe, późniejsze kariery odrzuconych wtedy obrazów.


Szczukin miał swojego ulubionego malarza. Był nim Henri Matisse. Zaprzyjaźnili się nawet, Francuz udekorował jego pałac, a w końcu namalował specjalnie dla niego jeden z najznakomitszych obrazów swego życia, czyli „Taniec“.
Matisse to artysta pod każdym względem wart każdej uwagi. Zaczynał z impresjonistami, a potem stał się ikoną francuskiej sztuki. Zazdrościł wszystkim naokoło stylu i talentu, gonił wszelkie nowinki od młodego i dojrzałego Picassa począwszy po ekspresjonizm i surrealizm. Gonił ich gonił, aż przegonił, stał się wreszcie symbolem, może nawet największym artystą XX wieku. Pojechał także na Tahiti, bo pozazdrościł Gauguinowi słońca, nagich dziewic i słodkiego smaku mango. Nic tam nie namalował, porobił parę zdjęć i wrócił do Paryża.
U Szczukina zobaczymy tych wszystkich wszystkich, gigantów, wielkich i tych mniejszych choć dla sztuki współczesnej równie ważnych. To wspaniała kolekcja, skierowana do zwykłych zjadaczy chleba. Szczukin jeszcze w czasach carskich chciał, aby ta kolekcja służyła ludziom. Ten cel edukacyjny został spełniony. Bo twórczość tych artystów, często napotykała na obojętność, prześmiewczość. Był skazana na ostracyzm. Dlatego tak namiętnie o niej mówimy, bo życie tamtych artystów mówi równie dużo co ich obrazy.


Jest taka anegdota z tamtego, minionego świata: „…Pewien skulony człowiek, starzec wręcz, szedł ciemnym brukiem Montmartre’u. Napotkał znajomego. - proszę postaw mi szklaneczkę – poprosił cichym głosem. Weszli po chwili obaj do bistra, tamten znajomy postawił wedle życzenia...
Gdzie Pan mieszka ? - zapytał starca
Nie mieszkam nigdzie, mieszkam w nocy, odpowiedział (...)
To były słowa poety. Nazywał się Paul Verlaine.
Słowa o biedzie…


Bo z biedy powstało dzieło Paula Gauguina. Biedy i złości.
Legendy o artystach sprowadzają się głównie do tego, że z powodu frustracji tworzą wielkie dzieła sztuki. Umierają w niezrozumieniu i nędzy oraz zapomnieniu, a dopiero potem, czyli po ich śmierci, zaczyna się ich podziwiać. Te wzruszające dziś historie stworzyły właśnie taki obraz współczesnej sztuki. Obraz nędzy i umartwienia, obraz wzlotu po upadku. Świat modnych artystów. Lubimy ich takimi widzieć. Dzięki Szczukinowi też.
Jego kolekcja nie przepadła po rewolucji bolszewickiej w Rosji. Stała się dobrem narodowym. Szczukin umarł w Paryżu w 1936 roku i teraz jego zbiór wraca w całej okazałości do stolicy Francji.

Tłumy walą zatem aby obejrzeć Paula Gauguina. Jego paryskiej pracowni przy ulicy Lecourbe nie zna prawie nikt…
Trwa ładowanie komentarzy...