O autorze
Lekcja francuskiego - o sztuce i podróżach podczas jedzenia.
Swoje dorosłe życie spędziłem pomiędzy kuchnią a obrazami wielkich artystów, a także różnymi redakcjami, studiowałem historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i turystykę na Sorbonie, przebywałem w ponad stu krajach, nieco dłużej w Paryżu, a teraz uczę się języka japońskiego z książek kucharskich.

Zrealizowałem wiele filmów dokumentalnych, między innymi ten o Polakach nigdy nie emigrujących na Madagaskar, albo o tym jak książę Eustachy Sapieha polował w Kenii na lwy.

Pisywałem artykuły i książki o podróżach, wystawach malarstwa, o meczach piłkarskich, o bohaterach świata, o gastronomii, o artystach wielkich i małych, a nawet o lekkoatletach. Pisuję tak od wielu lat.

To Francuzi wynaleźli kuchnię i najlepsze jedzenie. Odziedziczyli po swoich przodkach fantastyczny zwyczaj rozmawiania o sztuce przy stole. Jest im łatwiej od innych to robić, bo mają najlepsze wina i szampana. No i wspaniałą sztukę wokół siebie. Niezwykłą i fascynującą. Starą i nową. Od gotyckich katedr po Paula Gauguina. I dlatego tego wszystkiego im zazdroszczę.

Kiedyś na Polinezji spotkałem prawdziwego kanibala. Rozmawialiśmy trochę. Opowiadał mi o swoich przodkach i dlaczego zjadali ludzi. Powiedział mi też, że bardzo lubi frytki. Pomyślałem wtedy sobie, że chyba bardzo mało wiemy o kuchni i jedzeniu…

zapiski z wystawy Bernarda Buffeta

Bernard Buffet, les années 1950
Malarstwo Bernarda Buffeta nastroju nigdy nie poprawia. Zatem wymarsz na jego wystawę to zadanie albo dla konesera albo kogoś w depresji. Szare, wertykalne i zawsze smutne. Tak można w kilku słowach opisać to malarstwo. Czy taki był Buffet? Tragicznie zmarły, francuski malarz, o którym wielki Pierre Cabanne napisał, że tryskał humorem.

A zatem wyprawa na jego wystawę w Paryżu to spora przygoda intelektualna. Wyprawa do Paryża lat pięćdziesiątych, do francuskiej traumy wojny, tak często obecnej w tamtej sztuce, wreszcie do dysput intelektualnych i filozoficznych o konieczności zmiany świata, a wszystko na tle algierskiej rewolty i upadku Indochin. Taka Francja otaczała wtedy artystów.


Buffet kojarzył mi się zawsze z szarością, smutkiem i chudym śledziem na talerzu. Lektura tekstów Pierre Cabanne przekonuje jednak, że to niesprawiedliwe. Mimo to, ta cholernie trudna figuratywność Buffeta przywołująca smętne drzeworyty ekspresjonistów, ciężkie i zamaszyste, które nie dają się wikłać w jakikolwiek humor i lekkość ducha. No nie dają. Weźmy na przykład kobietę pijącą wino z 1955 roku. Jest nie tylko przeraźliwie depresyjna i dramatycznie wychudzona. Jest przeźroczysta, bez wiary, bez żadnej nadziei. To portret samobójczyni, wraku człowieka, nikogo niemal. Jak jesienny liść, który traci kolor, życie i sfruwa gdzieś tam, gdzie już nikt go nie zobaczy. Samotność...


I ta – dla porównania - pijąca śliwowicę u Eduarda Maneta, różowa, lekko wstawiona i może nawet smutna, ale w gruncie rzeczy pełna życia, czy zmarnowanego nie wiemy, ciut rozbita ale z szansą na lepsze jutro. Przynajmniej, taki można wysnuć wniosek po jej kapelusiku na głowie.

Żeby zrozumieć Buffeta nie wystarczy patrzeć na jego obrazy. Zabrałem się za lekturę Cabanne, ale nade wszystko Yann le Pichon, równie wielkiego jak tamten krytyka sztuki. Był monografistą Celnika Rousseau, ale przy okazji wystawił i Buffetowi trzytomowy pomnik.

Z Buffetem jest jak z Andrzejem Wróblewskim czy idąc dalej Jarosławem Modzelewskim. Najpierw jest jakaś trauma, na przykład wojna, a potem z niej mozolne wychodzenie (z tym, że u Modzelewskiego wojny nie było, ale inna trauma, bo wesoły to on nie jest).
Bernard Buffet wychował się w okolicach Batignolles w Paryżu, malował od dziecka niemal, praktykował u Eugène Narbonne, który był ilustratorem, posiadał atelier i wielu, później znanych uczniów jak na przykład Francoise Boudet czy Maurice Boitel, zresztą przyjaciół Bernarda.
Buffet dość szybko, od momentu pokazania swojego pierwszego obrazu, zorganizował wystawę. I potem jego życie artystyczne potoczyło się lawinowo. Trochę szokował, ale ten jego tamtejszy, malarski świat w jakiś sposób komponował się z tym otaczającym: kobieta, która trzyma obdartą z piór kurę, facet z krabami czy sikający do brudnego kibla, oni wszyscy są jak zdjęci z ponurej rzeczywistości niemal z naprzeciwka. Smutni, szarzy, smętni. Te powojenne obrazy znamy też z francuskich filmów, ciemnych nor i krętych uliczek Paryża. Buffet maluje zatem nagich, wychudzonych mężczyzn, pozujących przed kominkiem, albo w łóżku, próbuje żartobliwie pytać: a „może to taniec?“ Rozmawia też z mistrzami malarstwa. Z Courbetem na przykład. To się bardzo spodobało jego biografistom, bo krytycy zawsze doszukują się powinowactw.

Miał wielki zmysł ilustratorski. Jego porterty tchnęły grubym sarkazmem. To się też podobało, bo było wszak bliskie karykaturze i publicystyce, albowiem zdarzało mu się komentować różne zdarzenia. Jak nagrody Goncourtów na przykład. Być może w tym upatrywał Cabanne istnienie jego poczucia humoru. Nie wiem. Nie doszukałem się żadnego poczucia humoru u Buffeta lecz dramatyczne rozdarcie, jak u tej kobiety, która nie wie czy gotować w garze czy pisać wiersze...

Ale jest jeszcze jego „Pasja“. Wtedy zobaczymy świat pomiędzy niebem a piekłem. Trudno odnaleźć w tym odpowiedź na dręczące pytania o ścieżce, którą podążamy. Niebo i Piekło. Dwa światy. Tylko on znalazł w tych obu światach jakąś różnicę. I odebrał sobie życie...

Bernard Buffet, les années 1950, Paryż
Trwa ładowanie komentarzy...