O autorze
Lekcja francuskiego - o sztuce i podróżach podczas jedzenia.
Swoje dorosłe życie spędziłem pomiędzy kuchnią a obrazami wielkich artystów, a także różnymi redakcjami, studiowałem historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i turystykę na Sorbonie, przebywałem w ponad stu krajach, nieco dłużej w Paryżu, a teraz uczę się języka japońskiego z książek kucharskich.

Zrealizowałem wiele filmów dokumentalnych, między innymi ten o Polakach nigdy nie emigrujących na Madagaskar, albo o tym jak książę Eustachy Sapieha polował w Kenii na lwy.

Pisywałem artykuły i książki o podróżach, wystawach malarstwa, o meczach piłkarskich, o bohaterach świata, o gastronomii, o artystach wielkich i małych, a nawet o lekkoatletach. Pisuję tak od wielu lat.

To Francuzi wynaleźli kuchnię i najlepsze jedzenie. Odziedziczyli po swoich przodkach fantastyczny zwyczaj rozmawiania o sztuce przy stole. Jest im łatwiej od innych to robić, bo mają najlepsze wina i szampana. No i wspaniałą sztukę wokół siebie. Niezwykłą i fascynującą. Starą i nową. Od gotyckich katedr po Paula Gauguina. I dlatego tego wszystkiego im zazdroszczę.

Kiedyś na Polinezji spotkałem prawdziwego kanibala. Rozmawialiśmy trochę. Opowiadał mi o swoich przodkach i dlaczego zjadali ludzi. Powiedział mi też, że bardzo lubi frytki. Pomyślałem wtedy sobie, że chyba bardzo mało wiemy o kuchni i jedzeniu…

Masako Kobayashi, stulecie urodzin...

Kobayashi, Setagaya
Minęło sto lat od urodzin Masako Kobayashiego, jednego z najważniejszych - obok Kurosawy i Ichikawy - japońskich reżyserów filmowych. I jednego z tych, którzy przebojem wdarli się do światowego kina. Co można uznać za dokonania fenomenalne, albowiem wszyscy oni używali języka złożonego, wieloznacznego o dużym ładunku emocjonalnym i symbolicznym, co nie zawsze ułatwiało przeciętnemu widzowi odbiór ich dzieł. Tak, to już sto lat.

Masako Kobayashi. A przecież, jak się ogląda wszystkie jego filmy, odnosi się wrażenie, że zostały nakręcone zaledwie wczoraj. Niemal każdy, który Kobayashi zrobił, to arcydzieło, tchnący talentem narracji filmowej, błyskotliwością scenariusza, nasyceniem zdjęć, absolutnym przesłaniem o wyższości godności człowieka nad złem tkwiącym w jego mrocznej duszy.
Jest więc zatem Harakiri, epos zrealizowany z wielkim rozmachem, a przecież czuć w nim japońską skromność i to szczególne wyciszenie. Dumę. Ciszę i pustkę.


Dramat upadłego samuraja. Kiedy się ogląda remake zrealizowany przez Takashi Miike, wiele lat po premierze filmu Kobayashiego, a przecież ten drugi film przytłacza i wciska w fotel, dopiero wtedy rozumiemy geniusz Masako i jego wizjonerski świat.
Talent i przesłanie, które zawsze towarzyszyło jego artystycznemu życiu. Miike złożył hołd wielkiemu mistrzowi. Ten specjalista od horrorów i filmów gangsterskich powiedział w swoim “Harakiri”, czym jest duch jedności Japończyka, owa cisza i pustka, która składa się na karnet dziejowy tego narodu.
A zatem jest miłość, wierność i śmierć. W filmie mamy fenomenalną rolę Ebizô Ichikawy, który wniósł z teatru Kabuki to niezwykłe, nieuchwytne "coś", co sprawia, że jesteśmy nim zafascynowani do samego końca spektaklu, bo przecież to król, nie! cesarz Kabuki. Jest zatem jak u Mishimy “zadziwiająca historia…”, a tam “muzyka, obraz i gra”.


Jest jeszcze w filmie Miike wielki gigant japońskiego kina Kōji Yakusho, który gra i gra wciąż na szczycie tej drabinki aktorskiej kariery, ostatnio w roli generała Anami w filmie opowiadającym o jednym dniu, z pamiętnego sierpnia 1945 roku, kiedy to cesarz podejmuje decyzję o kapitulacji Japonii.

I Kwaidan, czyli opowieści niesamowite. Film oparty na noweli Lafcadio Hearna, irlandzkiego wariata, który został w Japonii prawdziwym szarlatanem literatury.
Zanim trafił do Tokyo szwendał się po świecie jako dziennikarz, był tłumaczem z francuskiego, żył byle jak i byle gdzie. A potem odnalazł sens swego życia, napisał w Japonii książkę, którą tam stawiają na równi z największymi dziełami rodzimego autorstwa.
Hearn to geniusz. Wszystko co pisał o Japonii kojarzyło mu się z duchami, albo wariatami, wiedźmami i ponurymi stworami w odmętach górskich chaszczy. On wszystko pozbierał do kupy i opisał. Bo Japończycy, od wieków żyli w przeświadczeniu, że demony są źródłem ich stałych niepokojów. Yokaji. Długa historia upadłych stworów z innego świata o cechach ludzkich, z naciskiem na te złe…


Ojciec japońskich bajek i folklorów Kunio Yanagita oceniał, że demony Yokaji towarzysząc Japończykom od wieków, wpłynęły także na ich codzienne życie, określiły ich strachy i codzienne obsesje.
Tymczasem Hearn, po prostu wszystko to spisał, pogrupował, nadał literacki sznyt. Zrobił to tak sprawnie, że Japończycy do dziś uważają go za swojego, bo w końcu odkryć ich prawdziwą duszę może tylko ktoś, kto jest prawdziwym samurajem.

A teraz jest wystawa Masako Kobayashiego w Setagaya Literary Museum. Na jego stulecie właśnie. Tam każdego czeka długa refleksja nad Dolą Człowieczą, długą, jak ta trylogia, którą Kobayashi nakręcił, bo nie da się zrozumieć tego, co chciał powiedzieć reżyser o systemie totalitarnym, o komunistach, o trudzie bycia człowiekiem po prostu, jeśli sami nie zastanowimy się na sobą…
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...